Książki Psychologia

Czy trzeba cierpieć, żeby stać się lepszym człowiekiem? Trudne pytanie, które stawia proza Dostojewskiego

„To cię wzmocni”. „Kiedyś zrozumiesz, po co to było”. „Bez trudnych doświadczeń człowiek nie dojrzewa”. Takie zdania często pojawiają się tam, gdzie komuś rozpada się życie. Zwykle mają pocieszać. Nadać sens stracie, oswoić bezradność, pozwolić uwierzyć, że z bólu wyniknie jeszcze coś dobrego.

Ale człowiek, który właśnie cierpi, może usłyszeć w nich dodatkowe wymaganie: powinien wyjść z tego mądrzejszy, silniejszy, bardziej wdzięczny. Jakby samo przetrwanie było niewystarczające.

Proza Fiodora Dostojewskiego prowokuje do przyjrzenia się temu przekonaniu. W „Zbrodni i karze” cierpienie towarzyszy pytaniu o winę i możliwość odrodzenia. W „Braciach Karamazow” pojawia się z kolei radykalny sprzeciw wobec usprawiedliwiania krzywdy niewinnych obietnicą przyszłej harmonii. Tych głosów nie da się uczciwie sprowadzić do hasła, że ból zawsze uszlachetnia.

Dostojewski pozwala zapytać zarówno o to, co człowiek może zrobić ze swoim cierpieniem, jak i o granice nadawania sensu cierpieniu innych.

Raskolnikow cierpi, ale długo nie przyjmuje odpowiedzialności

W epilogu „Zbrodni i kary” Raskolnikow odbywa już karę, jednak nadal nie rozpoznaje w pełni moralnego znaczenia własnego czynu. Roztrząsa przede wszystkim swoją klęskę i nie przestaje bronić dawnego sposobu myślenia. Samo doświadczenie udręki nie przynosi więc automatycznego nawrócenia.

To ważne rozróżnienie. Można bardzo cierpieć z powodu konsekwencji własnego postępowania, a nadal nie zobaczyć człowieka, którego się skrzywdziło. Żałować utraconej pozycji, samotności, rozbitej codzienności — i wciąż przede wszystkim skupiać się na sobie.

Współczesny czytelnik może odnaleźć w tym niewygodne pytanie o skruchę. Czy boli mnie to, co zrobiłem drugiej osobie, czy głównie to, co po tym straciłem? Czy chcę naprawić krzywdę, czy odzyskać wcześniejsze życie bez zmiany własnego postępowania?

Cierpienie nie zastępuje odpowiedzialności. Nie jest również miarą tego, ile komuś wolno wybaczyć. Głośna rozpacz sprawcy nie unieważnia doświadczenia osoby zranionej.

Taka lektura podważa wygodne przekonanie, że dostatecznie duży ból sam wykona pracę moralną za człowieka. Pozostają jeszcze prawda o własnym działaniu, uznanie jego skutków i decyzje podejmowane później.

Nadzieja pojawia się także dzięki więzi

Zakończenie „Zbrodni i kary” wiąże początek odnowy Raskolnikowa z miłością do Soni i otwarciem na jej wiarę. Obecność Ewangelii oraz motyw zmartwychwstania nadają tej scenie wyraźny chrześcijański sens. Powieść kończy się jednak zapowiedzią stopniowej przemiany, której dalszego przebiegu już nie poznajemy.

Nie należy robić z tej historii uniwersalnej instrukcji dla związków. Literacka rola Soni nie nakłada na nikogo obowiązku ratowania partnera własnym poświęceniem. Jej obecność pozwala natomiast zauważyć coś, co ginie w prostych opowieściach o uszlachetniającym bólu: znaczenie relacji, dzięki której człowiek może wyjść poza samotne rozpamiętywanie siebie.

W codziennym życiu ktoś po trudnym doświadczeniu może stać się bardziej uważny na innych. Warto jednak zapytać również o ludzi, którzy mu pomogli. O otrzymaną opiekę, czas, rozmowy i możliwość odzyskania bezpieczeństwa.

Kiedy całą zasługę przypisujemy cierpieniu, łatwo przeoczyć czyjś wysiłek. To osoba zraniona próbowała odbudować życie. Ktoś ją wspierał. Ktoś cierpliwie towarzyszył. Ból sam nie podał jej ręki.

Iwan Karamazow nie zgadza się na taką cenę

W rozdziale „Bunt” Iwan mówi Aloszy o cierpieniu dzieci. Odrzuca myśl, że przyszła harmonia mogłaby usprawiedliwić ich krzywdę. Stawia także pytanie o szczęście ludzkości zbudowane na udręce jednego niewinnego dziecka — a Alosza nie zgadza się przyjąć takiego warunku.

Iwan jest bohaterem powieści, a jego wypowiedzi nie należy traktować jako prostego deklarowania poglądów autora. Jednak siła tej sceny sprawia, że trudno czytać Dostojewskiego wyłącznie jako pochwałę cierpienia.

Pojawia się tu granica, której nie można zlekceważyć: cudza krzywda nie staje się dobra dlatego, że potrafimy włączyć ją w przekonującą opowieść.

To pytanie pozostaje aktualne również poza rozważaniami religijnymi. Gdy ktoś mówi o bolesnym dzieciństwie, łatwo odpowiedzieć: „Ale dzięki temu jesteś dziś taki zaradny”. Gdy opowiada o przemocy w związku, pada: „Przynajmniej nauczyłaś się stawiać granice”.

Być może rzeczywiście rozwinął zaradność. Być może nauczyła się odmawiać. Nie wynika z tego, że potrzebowali krzywdy ani że należy ją usprawiedliwić.

Dobro, które człowiek zdołał później stworzyć, nie odbiera złu jego znaczenia.

Kto ma prawo powiedzieć: „To miało sens”?

Człowiek może po latach spojrzeć na własną historię i powiedzieć, że trudne doświadczenie zmieniło jego wartości. Że zaczął bardziej doceniać bliskich, odszedł z wyniszczającej pracy albo odnalazł ważny cel.

Ma prawo tak rozumieć swoją drogę.

Czym innym jest jednak narzucanie podobnego znaczenia komuś, kto nadal próbuje przetrwać kolejny dzień. Zapewnienie, że „wszystko dzieje się po coś”, może zamknąć rozmowę właśnie wtedy, gdy potrzebne jest miejsce na żal, złość i bezradność.

Nie każdy chce opowiadać o stracie jak o przełomie. Ktoś może po prostu żałować tego, co się wydarzyło. Może odzyskać radość i nadal uważać, że wolałby nigdy nie przeżyć tamtego okresu.

Nie ma obowiązku wdzięczności za własne cierpienie. Nie trzeba też szybko nadawać mu sensu, żeby zasługiwać na wsparcie.

Czasem bardziej pomocne od gotowej odpowiedzi jest zdanie: „Nie wiem, dlaczego cię to spotkało. Chcę być przy tobie”. Pozostawia przestrzeń na doświadczenie, którego nie potrafimy naprawić słowami.

Dobro można rozwijać również w zwyczajnym życiu

Przekonanie, że dopiero cierpienie czyni człowieka dojrzałym, buduje osobliwą hierarchię. Osoba, której życie było spokojniejsze, miałaby z definicji rozumieć mniej i kochać płycej. Tymczasem o postawie wobec innych warto sądzić po konkretnych zachowaniach.

Czy ktoś słucha, kiedy spotyka się z doświadczeniem innym niż własne? Czy potrafi przyznać się do błędu? Czy pomaga, choć sam nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji? Czy reaguje na krzywdę, która bezpośrednio go nie dotyczy?

Współczucie można okazywać bez znajomości każdego rodzaju bólu. Nie trzeba przeżyć tej samej straty, żeby potraktować czyjąś żałobę poważnie. Można uczyć się z rozmowy, obserwacji, literatury i refleksji nad własnymi decyzjami.

Nie potrzebujemy kolejnej krzywdy, żeby uzyskać prawo do stawania się lepszymi ludźmi. Codzienność daje wystarczająco wiele okazji do uczciwości, troski i odpowiedzialności.

Pytanie, które zostaje po lekturze

U Dostojewskiego nadzieja na odrodzenie spotyka się z buntem wobec cierpienia, którego nie da się łatwo wyjaśnić. Właśnie to napięcie czyni jego prozę tak wymagającą. Nie pozwala zadowolić się ani prostą obietnicą przemiany, ani wygodną obojętnością wobec bólu.

Możemy zobaczyć w tych powieściach zachętę do zadania bardziej osobistego pytania: co robię, kiedy spotykam cierpiącego człowieka? Czy próbuję szybko uzasadnić jego doświadczenie, żeby samemu poczuć się spokojniej? Czy potrafię usłyszeć, czego naprawdę potrzebuje?

Ktoś może z czasem odnaleźć sens w tym, co przeżył. Ktoś inny będzie potrzebował przede wszystkim odzyskać zwyczajny dzień, spokojny sen i zaufanie do ludzi.

Człowiek po trudnych doświadczeniach nie musi stać się lepszy, żeby zasługiwać na dobro. Zasługiwał na nie również wcześniej.

Marcel Adamas

Pisze od 2012 roku. Prowadzi Przemyślenia.pl i jest autorem książki „Cisza leczy duszę”. W swoich tekstach porusza tematy emocji, relacji i codziennych spraw, które zostają w głowie na dłużej. Szuka słów na to, co wielu z nas czuje, ale o czym nie zawsze łatwo mówić.