Dzieciństwo Psychologia

Tak wychowywano dzieci w PRL-u. 7 metod, które dziś uznano by za zbyt surowe

Wystarczyło spojrzenie ojca, żeby przy stole zapadła cisza. Po wywiadówce niektórzy bali się wracać do domu, a słowa „zaraz dam ci powód do płaczu” kończyły rozmowę o tym, co bolało. Dzieciństwo w PRL-u miało różne oblicza. Obok zabaw na podwórku i wakacji u dziadków były też zasady, których wielu dzisiejszych rodziców nie chciałoby powtarzać.

Nie każdy dom wyglądał tak samo. W czasach PRL-u również byli rodzice czuli, uważni i przeciwni przemocy. Surowe wychowanie nie powstało zresztą wraz z tamtym ustrojem ani nie zniknęło po jego upadku. Miało znacznie starsze korzenie, a część dawnych przekonań przetrwała do dziś.

Poniższe przykłady opisują więc autorytarny model wychowania kojarzony z tamtą epoką, a nie dzieciństwo każdego, kto w niej dorastał.

1. „Dostałeś? Widocznie zasłużyłeś”

Klaps, szarpnięcie za ucho, uderzenie pasem. W części domów kary fizyczne traktowano jako zwyczajny sposób przywoływania dziecka do porządku. Dorosły miał wymierzyć karę, a dziecko zapamiętać, żeby więcej nie popełnić błędu.

Przemoc pojawiała się również w szkołach. Wspomnienia o uderzaniu linijką po dłoniach nie są jedynie filmowym obrazkiem z dawnych lat. Takie praktyki opisuje między innymi reportaż Polskiego Radia poświęcony historii kar cielesnych.

Najtrudniejsza bywała bezradność: jeśli także w domu dorosły stawał po stronie osoby, która uderzyła, dziecko nie miało komu opowiedzieć o swojej krzywdzie.

2. „Dzieci i ryby głosu nie mają”

Dorośli rozmawiali, dzieci miały nie przeszkadzać. W surowym modelu wychowania sprzeciw łatwo uznawano za bezczelność, a próbę wyjaśnienia sytuacji za pyskowanie. Przysłowie o dzieciach i rybach dobrze oddawało taką hierarchię.

„Bo tak powiedziałem” zamykało sprawę. Nie było już miejsca na pytanie, dlaczego czegoś nie wolno albo czy decyzja jest sprawiedliwa.

Problem nie polegał na samym istnieniu zasad. Dziecko mogło mieć obowiązki i ograniczenia, a jednocześnie zostać wysłuchane. W tym podejściu często właśnie tego drugiego brakowało.

3. „Nie maż się, nic się nie stało”

Rozbite kolano, kłótnia z kolegą, strach przed szkołą — dorosłemu mogły wydawać się drobiazgami. W surowym wychowaniu odpowiedzią bywało polecenie, żeby natychmiast przestać płakać. Chłopcom dodatkowo przypominano, że „chłopaki nie płaczą”.

Za takim zachowaniem mogło stać przekonanie, że dziecko trzeba zahartować, bo życie nie będzie się z nim obchodziło łagodnie.

Tyle że między dodawaniem odwagi a zawstydzaniem za łzy jest duża różnica. Można pomóc dziecku przejść przez trudną sytuację bez wyśmiewania tego, co czuje. Ucichnięcie nie musi przecież oznaczać, że przestało boleć.

4. „Nie odejdziesz od stołu, dopóki nie zjesz”

W tym modelu o końcu posiłku decydował pusty talerz. „Nie jestem już głodny” mogło zostać potraktowane jak wymówka, a niechęć do konkretnej potrawy jak fanaberia.

Takie podejście warto widzieć również na tle rodzinnych doświadczeń niedostatku. Rodzice i dziadkowie, którzy pamiętali głód lub trudności ze zdobywaniem jedzenia, mogli szczególnie źle znosić jego marnowanie. Nie znaczy to jednak, że każda rodzina reagowała przymusem.

Szacunek do jedzenia jest czymś, co można przekazywać dalej. Wielogodzinne siedzenie nad zimnym obiadem nie musi być częścią tej lekcji.

5. „Powiedz wszystkim, co zrobiłeś”

Publiczna reprymenda, wyśmianie pomyłki, opowiadanie przy gościach o czymś, czego dziecko się wstydziło. Zawstydzanie miało sprawić, że przewinienie się nie powtórzy.

W takim podejściu łatwo przekroczyć granicę między zwróceniem uwagi na zachowanie a upokorzeniem człowieka. Zamiast usłyszeć, co powinno poprawić, dziecko dowiadywało się, że jest niezdarne, głupie albo przynosi rodzinie wstyd.

Ten mechanizm nie należy wyłącznie do przeszłości. W rozmowach o wychowaniu kolejnych pokoleń zwraca się uwagę na to, jak dorośli odruchowo powtarzają zawstydzanie, którego sami doświadczyli.

6. „Nauczyciel ma zawsze rację”

W autorytarnym modelu szkoły pozycja nauczyciela utrudniała podważanie jego zachowania. Relacje z czasów PRL-u obejmują zarówno wspomnienia dobrych pedagogów, jak i doświadczenia kar, przymusu oraz strachu przed upokorzeniem.

Jeśli w domu również obowiązywała zasada nieomylności dorosłych, skarga dziecka mogła zostać odrzucona, zanim ktokolwiek sprawdził, co się wydarzyło.

Szacunek do nauczyciela nie wymaga jednak założenia, że nigdy się nie myli. Wysłuchanie dziecka nie oznacza automatycznie przyznania mu racji — pozwala dopiero poznać sytuację.

7. „Jesteś już duży, masz sobie poradzić”

Klucz na szyi stał się jednym z symboli dzieciństwa w PRL-u. Pracujący rodzice nie zawsze mogli towarzyszyć dzieciom po lekcjach, a organizacja rodzinnego życia wymagała od najmłodszych samodzielności. Historyczka Barbara Klich-Kluczewska zwraca uwagę między innymi na znaczenie pracy zmianowej i ograniczonego czasu rodziców.

Sama samodzielność nie była niczym złym. Problem zaczynał się wtedy, gdy obowiązki przekraczały możliwości dziecka: musiało stale odpowiadać za młodsze rodzeństwo albo radzić sobie z sytuacją, w której potrzebowało pomocy.

Między nauką odpowiedzialności a pozostawieniem dziecka samemu sobie jest granica. Nie wyznacza jej zdanie: „Ja w twoim wieku już to robiłem”.

Można dobrze wspominać dzieciństwo i nie zgadzać się na wszystko, co się wtedy działo

Ktoś pamięta ojca naprawiającego rower, zapach ciasta w kuchni i mamę czekającą po szkole. Może jednocześnie pamiętać strach przed karą albo zdanie, którego przez lata nie potrafił zapomnieć. Te wspomnienia nie wykluczają się nawzajem.

Nie trzeba przekreślać całego dzieciństwa, żeby powiedzieć: tego nie chcę powtarzać wobec własnych dzieci.

Które zdanie z tamtych lat pamiętasz do dziś — i czy powiedziałbyś je swojemu dziecku?

Marcel Adamas

Pisze od 2012 roku. Prowadzi Przemyślenia.pl i jest autorem książki „Cisza leczy duszę”. W swoich tekstach porusza tematy emocji, relacji i codziennych spraw, które zostają w głowie na dłużej. Szuka słów na to, co wielu z nas czuje, ale o czym nie zawsze łatwo mówić.