Są seriale, po których od razu szukam czegoś następnego. Po drugim sezonie „Matek pingwinów” miałem ochotę jeszcze przez chwilę zostać z tym, co zobaczyłem. Pomyśleć o rodzicach, którzy na pytanie „co u was?” opowiadają o dzieciach, szkole i kolejnych obowiązkach, ale o sobie nie mówią właściwie nic.
Bo nikt nie dopytuje. A może oni sami już przywykli, że ich zmęczenie może poczekać.
„Matki pingwinów” polecam przede wszystkim za to, że dostrzegają człowieka tam, gdzie inni widzą już tylko mamę albo tatę. Człowieka, który kocha swoje dziecko, ale nadal potrzebuje bliskości, odpoczynku i poczucia, że jego życie też jest ważne.
Dobre intencje nie wystarczą, żeby wszystko się poukładało
W drugim sezonie spotykamy Kamę, Ulę, Tatianę i Jerzego półtora roku po wydarzeniach z pierwszej części. Bohaterowie zakładają własną szkołę — Biegun Szczęścia. Chcą zapewnić dzieciom bezpieczne miejsce, w którym nie będą musiały nieustannie walczyć o akceptację.
To brzmi jak początek spokojniejszego rozdziału. Szybko jednak pojawiają się problemy finansowe, biurokracja i odpowiedzialność, która zaczyna ciążyć coraz bardziej.
Podoba mi się ten kierunek. Serial nie traktuje rozwiązania jednego problemu jak nagrody, po której bohaterom należy się już wyłącznie szczęśliwe życie. Pokazuje coś znacznie bliższego codzienności: można zrobić ogromny krok naprzód i nadal wieczorem nie mieć siły, żeby z kimkolwiek rozmawiać.
Rodzice się zmieniają, dzieci dorastają, a wypracowane wcześniej odpowiedzi przestają wystarczać. Trzeba szukać nowych, choć człowiek dopiero zdążył odetchnąć.
Najbardziej przekonują mnie ludzie, którzy nie zawsze zachowują się dobrze
Nie potrzebuję w takim serialu rodziców, których mógłbym podziwiać przez sześć odcinków bez chwili zwątpienia. Znacznie bardziej interesują mnie ci, których raz rozumiem, a chwilę później mam ochotę zapytać: dlaczego to zrobiłeś?
W „Matkach pingwinów” jest miejsce na takie sprzeczności. Na troskę, która miesza się z frustracją. Na dobre zamiary i emocje, nad którymi nie zawsze udaje się zapanować. Dzięki temu bohaterowie nie stają się ilustracją hasła o dzielnych rodzicach. Można się na nich złościć, a jednocześnie im kibicować.
Zmęczony człowiek nie zawsze mówi spokojnie i dobiera właściwe słowa. To nie znaczy, że mniej kocha. Nie znaczy też, że wszystko należy mu wybaczyć.
Dla mnie właśnie w tym napięciu jest siła tej historii. Rozumienie czyjegoś zachowania nie musi oznaczać jego usprawiedliwiania.
Dzieci dorastają, nawet gdy rodzice chcieliby jeszcze chwilę je chronić
Drugi sezon poszerza opowieść o dojrzewanie i relacje z najbliższymi. To ważne, bo dzieci nie mogą pozostać na zawsze wyłącznie osobami, o których dorośli rozmawiają, decydują i się martwią.
Mają własne potrzeby. Chcą samodzielności, kontaktu z rówieśnikami, przestrzeni dla siebie. Rodzic musi więc zmierzyć się również z tym, że troska nie daje mu odpowiedzi na każde pytanie.
Doceniam też podjęcie tematu rodzeństwa dzieci z niepełnosprawnościami. Tych, którzy potrafią czekać, dostosować się, nie dokładać kolejnego problemu. Łatwo uznać, że skoro nie wołają o uwagę, to dobrze sobie radzą.
Ten wątek zostawia niewygodne pytanie: czy zauważamy bliskich również wtedy, gdy nie dzieje się z nimi nic alarmującego?
Dobrze, że jest tu miejsce także dla ojców
Choć tytuł wskazuje na matki, cieszę się, że serial daje przestrzeń również ojcostwu. W drugim sezonie pojawia się Paweł, partner Kamy, grany przez Mateusza Damięckiego — zaangażowany w wychowanie, ale mający też własne emocje, z którymi musi nauczyć się obchodzić.
To perspektywa, której potrzebuję w opowieściach o rodzinie. Ojciec uczestniczy w codzienności, bierze odpowiedzialność i również bywa zagubiony. Jego obecność nie kończy się na zapewnianiu innych, że jakoś to będzie.
Rodzicielstwo wymaga przecież czegoś więcej niż wykonywania obowiązków. Trzeba jeszcze umieć być z drugim człowiekiem, kiedy jest trudno. A tego nie uczymy się raz na zawsze.
Można się uśmiechnąć, a chwilę później poczuć znajome ukłucie
Dużym atutem „Matek pingwinów” pozostaje dla mnie połączenie humoru z trudnymi tematami. Dzięki temu serial nie przytłacza samym ciężarem opowiadanych historii. Zostawia miejsce na oddech, na niezręczność, na zwyczajny absurd codzienności.
To potrzebne, bo życie rodzinne właśnie takie bywa. Po trudnej rozmowie nadal trzeba coś zjeść, odebrać telefon i znaleźć rzecz, która jeszcze przed chwilą na pewno tutaj leżała. Śmiech nie odbiera problemom znaczenia. Czasami po prostu pomaga przetrwać dzień.
Nie każda historia musi też odpowiadać doświadczeniom każdego widza. Dla mnie ten serial najlepiej działa jako opowieść o konkretnych ludziach, z ich charakterami i ograniczeniami. Nie oczekuję od nich, że będą reprezentować wszystkie rodziny.
Polecam, także jeśli nie jesteś rodzicem
Drugi sezon „Matek pingwinów” polecam za czułość, która nie wymaga idealizowania bohaterów. Za zainteresowanie tym, co dzieje się z dorosłymi, kiedy przez długi czas próbują zapewnić bezpieczeństwo wszystkim wokół.
Nie trzeba mieć dziecka, żeby rozpoznać potrzebę bycia zauważonym. Żeby wiedzieć, jak trudno poprosić o pomoc, kiedy inni przyzwyczaili się już, że ze wszystkim sobie radzimy.
Po tym serialu zostaje mi przede wszystkim myśl o pytaniu, które tak łatwo pominąć. Kiedy następnym razem będziemy rozmawiać z bliskim rodzicem, zapytajmy oczywiście o dziecko, szkołę i codzienne sprawy. Ale później dajmy mu chwilę także na opowiedzenie o sobie.
„A ty? Jak się trzymasz?”… czasem właśnie od tego zaczyna się rozmowa, której ktoś potrzebował od dawna.
Źródła informacji o serialu
- Netflix, About Netflix — zapowiedź drugiego sezonu i rozmowa z twórczynią, Klarą Kochańską-Bajon, 23 września 2026 r. about.netflix.com
- Polskie Radio, Trójka — „Co słychać u Kamy, Uli i Tatiany? Premiera drugiego sezonu «Matek pingwinów»”, 21 października 2026 r. trojka.polskieradio.pl
- Polskie Radio, Czwórka — „«Matki Pingwinów» wracają. Jest zwiastun 2. sezonu”, 23 września 2026 r.

