Psychologia Relacje

Podwórko wychowywało razem z rodzicami. Czego uczyło dzieciństwo w PRL-u?

Najtrudniej było wrócić do domu wtedy, gdy zabawa właśnie się rozkręcała. Z okna dobiegało wołanie na kolację, ktoś jeszcze prosił o ostatnie podanie, a człowiek próbował wynegocjować choćby pięć minut. Po latach to właśnie takie chwile wracają najczęściej. Zwyczajne popołudnie, znajome głosy i poczucie, że na dole zawsze ktoś czeka.

W wielu wspomnieniach z dzieciństwa w PRL-u podwórko zajmuje równie ważne miejsce jak dom i szkoła. Tam zawierało się przyjaźnie, przeżywało pierwsze rozczarowania i sprawdzało, ile naprawdę warte są odważne słowa wypowiedziane przy kolegach.

Oczywiście nie wszyscy dorastali tak samo. Inaczej wyglądało życie na wsi, inaczej na osiedlu w dużym mieście. Nie każde dziecko miało swoją paczkę, a podwórkowe relacje potrafiły również boleć. Jednak dla wielu osób przestrzeń między domami była miejscem, w którym codziennie uczyli się czegoś o sobie i innych.

Nie było planu zajęć. Było życie, w którym trzeba było znaleźć dla siebie miejsce.

Zabawa zaczynała się od własnego pomysłu

Piłka, guma do skakania, kreda albo kilka znalezionych patyków mogły wystarczyć na całe popołudnie. Trzeba było tylko ustalić, co dziś robimy.

Ten sam kawałek podwórka raz stawał się boiskiem, innym razem bazą, sklepem albo miejscem wielkiej wyprawy. Przedmioty dostawały nowe zastosowania, a zasady zmieniały się zależnie od liczby uczestników i tego, co akurat było pod ręką.

Nie każda chwila była ciekawa. Zdarzało się siedzenie na ławce i powtarzanie, że nie ma co robić. W końcu jednak ktoś rzucał pomysł, drugi go poprawiał, a trzeci już biegł po potrzebne rzeczy.

Dziecko odkrywało, że potrafi samo zorganizować sobie czas. Nie zawsze potrzebowało gotowej zabawy. Czasem wystarczała możliwość, żeby trochę się ponudzić i spróbować czegoś własnego.

Z innymi trzeba było się jakoś dogadać

Kto stoi na bramce? Czy piłka przekroczyła linię? Kto teraz szuka? Czy młodszy brat może dołączyć?

Z perspektywy dorosłego to drobiazgi. Dla dzieci były to sprawy, od których zależało całe popołudnie.

Podwórkowa zabawa wymagała ustalania zasad, przekonywania innych i godzenia się z tym, że nie wszystko pójdzie po naszej myśli. Można było obrazić się i odejść, ale jeśli chciało się wrócić do gry, trzeba było znaleźć sposób na porozumienie.

Nie zawsze kończyło się sprawiedliwie. Niekiedy decydował najstarszy, najgłośniejszy albo właściciel piłki. Warto o tym pamiętać, zanim uznamy podwórko za idealną szkołę relacji.

Dawało jednak wiele okazji do ćwiczenia czegoś potrzebnego także w dorosłości: powiedzenia, na czym nam zależy, wysłuchania innych i ustalenia, co dalej.

Samodzielność miała smak pierwszej załatwionej sprawy

Klucz noszony przy sobie, drobne na zakupy, pilnowanie godziny powrotu. W opowieściach o tamtym dzieciństwie samodzielność często pojawia się przy bardzo zwyczajnych czynnościach.

Dorosły prosił, żeby kupić chleb, a dziecko musiało zapamiętać polecenie, dopilnować pieniędzy i wrócić z zakupami. Niby nic wielkiego. A jednak mogło po raz pierwszy poczuć, że ktoś na nie liczy.

Podobnie było na podwórku. Trzeba było pamiętać, gdzie zostawiło się rower, komu pożyczyło się piłkę i o której należy być w domu.

Nie każda ówczesna odpowiedzialność była odpowiednia do wieku. Czasem dzieci dostawały jej za dużo. Ale możliwość samodzielnego wykonania małego zadania miała swoją wartość.

To z takich doświadczeń mogło wyrastać ciche przekonanie: spróbuję, może sobie poradzę.

Przyjaźń budowało się ze wspólnie spędzonych godzin

Żeby spotkać kolegę, szło się pod jego blok, pukało do drzwi albo wołało z dołu. Czasem nie mógł wyjść. Czasem musiał najpierw skończyć obiad i prosił, żeby poczekać.

W tych spotkaniach nie musiało dziać się nic wyjątkowego. Można było krążyć na rowerach, siedzieć na murku albo po raz kolejny rozmawiać o tym samym.

Właśnie podczas takich zwyczajnych godzin poznawało się drugiego człowieka. Wiedziało się, kto źle znosi przegraną, kto potrafi dochować tajemnicy i kto przyjdzie po ciebie, nawet jeśli poprzedniego dnia się pokłóciliście.

Bliskość rosła z obecności. Z tego, że ktoś był obok wystarczająco długo, by zobaczyć nas także obrażonych, przestraszonych czy nieznośnych.

Może dlatego niektóre podwórkowe znajomości wspomina się tak ciepło. Wiążą się z czasem, kiedy wspólny dzień sam w sobie był wystarczającym powodem do radości.

Przegrana nie musiała kończyć zabawy

Nie dało się wygrać każdego meczu, najszybciej biegać i zawsze najlepiej się schować. Zdarzało się przegrać, popełnić błąd albo usłyszeć, że tym razem ktoś inny wybiera drużyny.

Była złość. Było tłumaczenie, że zasady są niesprawiedliwe. Czasem następowało demonstracyjne odejście, po którym człowiek wracał, kiedy emocje trochę opadły.

Takie sytuacje mogły uczyć, że rozczarowanie mija i można spróbować ponownie. Nie trzeba być najlepszym, żeby nadal brać udział.

Trzeba jednak odróżnić zwykłą przegraną od upokarzania. Dziecko regularnie wyśmiewane czy wykluczane nie dostawało po prostu „lekcji charakteru”. Potrzebowało wsparcia. Nie każdą trudność warto po latach usprawiedliwiać tym, że takie były czasy.

Wspólne miejsce wymagało pilnowania wspólnych spraw

Gdy zabawa opierała się na jednej piłce, jej zgubienie dotyczyło wszystkich. Kiedy ktoś niszczył zbudowaną wspólnie bazę, psuł pracę całej grupy.

Podwórko dawało więc okazje do odkrycia, że własne zachowanie ma skutki także dla innych. Trzeba było oddać pożyczoną rzecz, dotrzymać umowy albo pomóc naprawić to, co się zepsuło.

Takiej odpowiedzialności łatwiej było nadać konkretny sens. Za obietnicą stał przecież znajomy człowiek, który jutro znów pojawi się pod blokiem.

Nie każdy dotrzymywał słowa. Ale właśnie dlatego można było z czasem zobaczyć, komu warto zaufać.

Za czym naprawdę tęsknimy?

Gdy ktoś mówi, że podwórko go wychowało, zwykle ma na myśli ludzi i doświadczenia, które trudno oddzielić od własnego dorastania. Pierwszego przyjaciela. Samodzielnie rozwiązaną kłótnię. Radość z tego, że starsi pozwolili dołączyć do gry.

Nie trzeba idealizować PRL-u, żeby docenić te wspomnienia. Braki, obojętność dorosłych czy dziecięce okrucieństwo nie stają się dobre tylko dlatego, że wydarzyły się dawno temu.

Warto natomiast zauważyć, ile dawały swobodna zabawa, ruch, codzienne spotkania i możliwość podejmowania małych decyzji. To doświadczenia, które mają znaczenie również dzisiaj.

Być może najbardziej tęsknimy za tamtym prostym poczuciem przynależności. Wychodziło się przed dom i od razu było wiadomo, gdzie szukać swoich.

A ty czego nauczyłeś się na swoim podwórku — i kogo z tamtych lat pamiętasz do dziś?

Marcel Adamas

Pisze od 2012 roku. Prowadzi Przemyślenia.pl i jest autorem książki „Cisza leczy duszę”. W swoich tekstach porusza tematy emocji, relacji i codziennych spraw, które zostają w głowie na dłużej. Szuka słów na to, co wielu z nas czuje, ale o czym nie zawsze łatwo mówić.